Dzień pierwszy, zima, 09.01.2015
Wyruszyliśmy wczoraj i przeszliśmy
ładny kawałek drogi. Nic się jednak nie działo, więc nie
widziałam sensu na marnowanie swojej energii i pisanie o chodzeniu po
lesie. Teraz siedzę w jaskini u stóp góry, przy ogniu i opisuję
dzisiejszy dzień. Przeszliśmy naprawdę duży kawał drogi, ale
musieliśmy dotrzeć dziś do tego miejsca. Wczoraj nocowaliśmy pod
korzeniami wielkiego dębu. Z samego rana wyruszyliśmy w drogę.
Teraz zbliża się jedenasta kwarta księżyca (czyli dwudziesta
trzecia dla ludzi). Anabeth już przysypia, a Boris jeszcze się
trzyma. Ja będę trzymać wartę do dwudziestej czwartej kwarty
Księżyca, potem Ann, Boris, ja i tak dalej, aż do świtu. Robi się
coraz chłodniej, więc założyliśmy już nasze ubrania na
grzbiety. Zabarykadowaliśmy się w niedużej jaskini. Sanie z
chrustem ustawiliśmy w głębi. Wyjęliśmy skóry i ułożyliśmy
sobie jedno wielkie posłanie. Jest za zimno, aby spać osobno. Śpimy
we trójkę. Na dworze leży śnieg, sięgający do połowy nóg.
Mamy odmrożone łapy. Dorzuciliśmy kilka kłód, a ogień
zajaśniał. Dobra, myślę, że wystarczy, Boris mdleje mi ze
zmęczenia. Dzień pierwszy skończony. Jutro zaczynamy wspinaczkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz