Siedzę dziś przed ogniem, opatulona skórami, bo oby moich bokach Hikari i Boris. Rozstawiliśmy jeden duży namiot, bo noc była bardzo zimna. Wszyscy coś piszemy. Więc, dziś obyło się nam bez większych przeszkód. Nora była chętna do pracy, trójka wilków i ich bagaże były dla niej niczym. Nie wypluwała wędzidła, była bardzo grzeczna, więc dostała kilka jajek i wielki kawałek mięsa. Wyczyściłam ją, a teraz sobie leży i śpi przy rozpalonym ognisku. Przywiązaliśmy ją do wbitego głęboko w ziemię pala. Smoczyca szybko się do nas przywiązała, coraz mniej gryzie i się sprzeciwia, najbardziej lubi Mer, Hikari, mnie i Borisa. Na wybiegu chodzi za nami, słucha się (czasami).
Cała wataha nas pożegnała, mnie oblepiły szczenięta, Soul dał całusa i mocno przytulił, Mer rzuciła się Borisowi na szyję, a Archer pocałował mocno Hikari. Sam długo rozmawiał z Ann trzymając ją za łapy, na koniec się całowali, aż w końcu mogliśmy iść. Wszyscy machali do nas i krzyczeli ,,uważajcie na siebie", ,,trzymamy łapy!" czy ,,na pewno wam się uda". Długo jechaliśmy na saniach, aż zieleń (śnieg już dawno ustał) zaczęła stopniowo znikać. Wjechaliśmy na pewne wzgórze. Na horyzoncie widniała cienka, biała linia-nasz cel. Wszyscy westchnęliśmy. To będzie długa podróż. W każdym razie, rozprzęgliśmy Norę, bo już się zmęczyła, a sanki ciągnęła Ann. Szliśmy tak ok. dwie godziny, aż zaczęło się zmierzchać. Rozłożyliśmy się między kilkoma drzewami. Namiot stawiać skończyliśmy akurat gdy było już ciemno. Dziś mało się działo. Idę spać, ale najpierw poczytam jeszcze trochę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz